System (Child 44)

Aktorzy, których lubimy, są dobrą wskazówką w wyborze filmu z aktualnego repertuaru. Nie dotarłabym pewnie na System, gdyby nie Tom Hardy, choćby zachwalały film trzy Agnieszki Grochowskie. Oczywiście, że i tu zdarzają się pułapki – w końcu nasi ulubieni aktorzy mają na koncie także wpadki, filmy słabsze, o których nie lubimy mówić, ale w tym przypadku odetchnęłam z ulgą. System to naprawdę niezły film, w dodatku oferujący coś dużo więcej niż tylko kolejną świetną rolę Hardy’ego. Co takiego?

Czytaj dalej

Prometeusz

Prometheus-2-Earth
I jeszcze ja. Spóźniona, nastraszona i pozbawiona zupełnie entuzjazmu, który trwał do połowy lipca, do momentu, aż posypały się miażdżące „Prometeusza” recenzje. Nie wiem, co ja sobie właściwie myślałam, oglądając zwiastun filmu w pierwszej połowie tego roku, że film mi się spodoba i że warto na niego czekać. Nie mówię tego z dzisiejszej perspektywy osoby, która wiedziała, że nadzieje okazały się płonne. Ja po prostu nie lubię takich filmów. Planety? Sondy kosmiczne? Obcy? Hellou… No nie są to moje ulubione klimaty, nawet sci-fi unikam przecież jak ognia. Ale dobra, w końcu to głośny „Prometeusz”, przekonajmy się sami.
 
Czytaj dalej

Babycall

babycall-7
Do skandynawskich filmów mam stosunek mocno ambiwalentny. Wciąż to kino poznaję i wciąż nie umiem patrzeć na nie obiektywnie i używać w jego ocenie lokalnej, europejskiej perspektywy. Cenię bardzo osobliwe podejście Skandynawów do realizmu i odnoszę niedefiniowalne wrażenia w zderzeniu z chłodem i hermetycznością przestrzeni, które tworzą, wciąż jednak czegoś mi w ich kinie brakuje, zupełnie jeszcze nie wiem, czego i jak tego szukać. Babycall wcale mi w tych poszukiwaniach nie pomogło. Więcej nawet: skomplikowało je jeszcze bardziej.
Czytaj dalej

Sherlock Holmes: Gra cieni

SHERLOCK HOLMES: A GAME OF SHADOWS
Nie, nic nie spiraciłam. Na premierach, fakt, nadal nie bywam, ale na pokazach przedpremierowych, jeśli jest okazja… czemu nie? Gdzieś po świętach znudzona przeglądałam repertuar naszej lubelskiej sieciówki, ucieszyłam się nawet, że w Nowy Rok czynne, bo może by na coś pójść zamiast uprawiać mierną wersję kac domi, i aż przetarłam oczy ze zdumienia, gdy zobaczyłam Sherlocka. No bo jak to, skoro premiera dopiero w czwartek? A tak to.  Czem prędzej się więc wybraliśmy i tym samym zaliczyliśmy pierwszy film w nowym, apokaliptycznym roku świetnie zapowiadających się produkcji. Choć pierwsza część przygód angielskiego detektywa w reżyserii Guya Ritchie nie powaliła mnie na kolana i nie pałałam zbytnim entuzjazmem na myśl o kolejnej, pomyślałam, że to świetny filmowy początek nowego roku. I na myśleniu się, szczęśliwie, nie skończyło.
 
Czytaj dalej