Życie Pi

life-of-pi-01
Często wybieracie się do kina bez żadnych oczekiwań co do filmu? Zanim odpowiecie twierdząco, zastanówcie się dobrze. Widzicie? To wcale nie jest takie łatwe. W dzisiejszych czasach kinomani nie mają prawie szans nie wiedzieć nic o tytule, który wybierają, a w przypadku mainstreamu i filmów nagradzanych na całym świecie, to właściwie niemożliwe. A jednak coś takiego przydarzyło mi się z Życiem Pi. Oczywiście, jakąś wiedzę posiadałam – wiedziałam o powieści o tym tytule (do której próbuję się dorwać od lat i jak dotąd nie było nam po drodze), widziałam kilka zwiastunów, ale – wierzcie lub nie – nie miałam pojęcia, kim lub czym jest Pi i o co właściwie w tej historii chodzi. Indie, jakieś zoo, samotny chłopak w obliczu natury – jak to połączyć? I tak nie wiedząc zupełnie, czego się spodziewać, wybrałam się wreszcie do kina, by mieć jakieś wyobrażenie o filmie Lee. I mam. Jakie?
 
Czytaj dalej

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

moonrise-kingdom09

Kochankowie z Księżyca w pierwotnym zamyśle musieli być baśnią. Niezwykła barwna stylistyka, wyraziste, czasem nawet zbyt jaskrawe zdjęcia, charakterystyczni bohaterowie, specyficzna gra aktorska, nadrealistyczna konwencja – wszystko to sprawia wrażenie uczestniczenia w czymś tak nierzeczywistym, że aż magicznym. Bo i magiczny jest cały ten dziwaczny film, który raz zdumiewa, innym razem bawi, zawsze jednak pobudza wyobraźnię, przyciąga i czaruje.
 
Czytaj dalej

Hugo i jego wynalazek

HUGO
Hugo i jego wynalazek to bardzo ładny film. Jest tu trochę życiowej mądrości, trochę smutku, żalu i tragedii, trochę śmiechu i nieskomplikowanego komizmu; jest też całkiem sporo pięknych zdjęć i trójwymiarowych efektów, które świetnie się odnajdują w tej baśniowej konwencji. A mimo to czegoś mi w filmie Scorsese zabrakło.
 
Czytaj dalej

Sherlock Holmes: Gra cieni

SHERLOCK HOLMES: A GAME OF SHADOWS
Nie, nic nie spiraciłam. Na premierach, fakt, nadal nie bywam, ale na pokazach przedpremierowych, jeśli jest okazja… czemu nie? Gdzieś po świętach znudzona przeglądałam repertuar naszej lubelskiej sieciówki, ucieszyłam się nawet, że w Nowy Rok czynne, bo może by na coś pójść zamiast uprawiać mierną wersję kac domi, i aż przetarłam oczy ze zdumienia, gdy zobaczyłam Sherlocka. No bo jak to, skoro premiera dopiero w czwartek? A tak to.  Czem prędzej się więc wybraliśmy i tym samym zaliczyliśmy pierwszy film w nowym, apokaliptycznym roku świetnie zapowiadających się produkcji. Choć pierwsza część przygód angielskiego detektywa w reżyserii Guya Ritchie nie powaliła mnie na kolana i nie pałałam zbytnim entuzjazmem na myśl o kolejnej, pomyślałam, że to świetny filmowy początek nowego roku. I na myśleniu się, szczęśliwie, nie skończyło.
 
Czytaj dalej