Kronika

chronicle-movie-image-8
Wyobrażaliście sobie kiedyś, że macie nadprzyrodzone moce? Wiecie, przesuwanie przedmiotów siłą woli, czarowanie (takie w dobrej wierze, o na przykład, żeby fryzura się sama ułożyła – wersja dla pań, albo żeby wygrać w sts parę tysięcy – wersja dla panów), latanie i inne bajery. Ja tak. Nie bardzo mnie obchodziło, skąd niby mogłabym tę moc czerpać i co ona by ze mną zrobiła, ale i po co, przecież to tylko wyobraźnia. Chłopcy z Kroniki też mieli swoje marzenia. I nie musieli korzystać z wyobraźni, by je spełnić. Czytaj dalej

Ostatnia miłość na Ziemi

perfect_sense_main
Ostatnia miłość na Ziemi nie jest – jak wielu durnie prawi – filmem katastroficznym. Filmy katastroficzne mówią o końcu świata, a w Ostatniej miłości na Ziemi kończy się wszystko prócz niego właśnie – świat stoi tu uparcie, choć wszystko, na czym i z czego budowaliśmy nasze życie, odchodzi. Pozostaje tylko ten jeden jedyny perfect sense. Który? Ten najwięcej mówiący i najmniej istotny jednocześnie. Czytaj dalej

Melancholia

Unikałam tego filmu jak ognia. Najpierw strasznie chciałam, bo to przecież głośny von Trier, trzeba w końcu zobaczyć, przekonać się, zweryfikować opinie, coś samemu osądzić. Później nasłuchałam się samych strasznych rzeczy: że nie oglądaj tego, gdy masz dobry nastrój, że dołujący, że przytłacza, że masakra, że w ogóle uważaj. No to mi się odechciało. W końcu jednak stwierdziłam, że stawię temu czoła, ale na wszelki wypadek zabarykadowałam się deską do prasowania i stertą prania i z taką asekuracją zrobiłam podejście numer dwa (podczas pierwszego wytrzymałam 7, słownie: siedem, minut).
 
Czytaj dalej

Kod nieśmiertelności

source-code-movie-wallpaper-9
Z drżeniem, naprawdę z drżeniem wybierałam kolejny film do obejrzenia. Bo, serio, nie zwróciłam kompletnie uwagi na to, że moje ostatnie wpisy były tak bardzo na „nie”. Nie żebym jakoś na siłę szukała teraz arcydzieł (sic!), bo do filmu namówił mnie małżonek, a żeby jeszcze mniej się w sprawę angażować, wyjęłam dechę i żelazko, ale – zdaje się – udało się. Trochę bowiem odetchnęłam w połowie filmu, gdy zorientowałam się, że mnie wciągnęło. Tym milej się zrobiło, że to takie nieoczekiwane. Bo ani science fiction, ani pan Gyllenhaal, którego nazwiska nigdy nie umiem wymówić poprawnie i  z pełną świadomością ignorancji nazywam go Dżejkiem Gyle-coś tam, entuzjazmu we mnie raczej nie wywołują.
 
Czytaj dalej

Mr. Nobody

Mr-Nobody-Movie-Still-1-630x420
Zanim usiadłam do napisania tej recenzji upłynęło kilka dni. Nie, nie byłam pod takim wielkim wrażeniem, że musiałam ochłonąć. Ale pochodzić trochę z Nemo Nobody w głowie – to tak. Co z tego chodzenia wynikło? Nic mądrego.
 
Czytaj dalej