Teoria wszystkiego (Theory of Everything)

x900 (1)

Teoria wszystkiego wpisuje się w cały katalog filmów opowiadających historie, które wzbudzają silne emocje i wzruszenie i które z tego właśnie powodu zyskują tyle samo zwolenników, co przeciwników. Pierwsi, nawet gdy widzą mankamenty filmu, nie potrafią oszukać swoich odczuć – film ich poruszył do tego stopnia, że są skłonni przebaczyć twórcom pretensjonalność i dosłowność. Drudzy złoszczą się, że ktoś żeruje na ich emocjach i podają dziesiątki powodów, dla których film jest stratą czasu. W przypadku nominowanego do Oscara filmu Jamesa Marsha ten schemat sprawdza się w stu procentach.

 

I teraz tak: mam trudniej, bo jestem w tej pierwszej grupie. Znaczy jestem wrażliwa, podatna, potrafię przepłakać całe odcinki Gotowych na wszystko, finały odcinków o metamorfozach, wybór masterchefa i najlepszego głosu Polski, a nawet wzruszyć się na viralowym filmiku Carlsberga o sile przyjaźni. Lubię historie, które dodają wiary, które pomagają mi uwierzyć, że jeszcze nie cały świat stanął na głowie, że są jeszcze ludzie, którzy mają zasady i żyją nimi, potrafią zrobić coś ważnego w imię wyznawanych wartości, i to zrobić to dla drugiej osoby.

 

Dlatego filmy takie jak Teoria wszystkiego zawsze będą mnie pochłaniać – historią, którą opowiadają, bohaterami, których prezentują, i to bez względu na to, czy są tylko pewnymi wzorami, typami, czy żyją (żyli) naprawdę. Nie zmienia to jednak faktu, że film Marsha zbyt mocno opiera się na znanym schemacie: szczęśliwe, pełne perspektyw życie – diagnoza – postępująca choroba – otwarte zakończenie. Oczywiście, ma to swoje uzasadnienie w gatunku biografii, ale kino już nie raz pokazało nam, że narracja biograficzna wcale nie musi być linearna. Wybór, którego reżyser dokonał, z jednej strony zapewnia komfort odbioru, z drugiej jednak prowadzi do znużenia. Nie da się ukryć, że sporo scen Teorii… zwyczajnie się dłuży, inne są po prostu nieciekawe lub niejasne bez znajomości biografii Hawkinga, a jeszcze inne faktycznie wyglądają tak jakby zostały dokręcone po zakończeniu faktycznych, przewidzianych w scenariuszu zdjęć, po to, by jeszcze bardziej wzmocnić efekt poruszenia.

 

Taką też rolę przeznaczono nominowanej do Oscara muzyce Jóhanna Jóhannssona, która idealnie wpisuje się w obraną konwencję. Ścieżka dźwiękowa do Teorii wszystkiego jest ładna – bardzo melodyjna, z charakterystycznym, momentalnie wpadającym w ucho tematem głównym, bardzo śmiała w akcentowaniu wzniosłości historii. Ale nie jest też w żaden sposób oryginalna, odkrywcza. Aspirując do tytułu najlepszej ścieżki dźwiękowej roku wraz z takimi geniuszami jak Desplat i Zimmer, wypada stosunkowo blado. Jest jednak dość „bezpiecznym” wyborem, jej wygrana nie powinna więc nikogo zaskoczyć.

 

Problematyczne okazują się też główne role, które zaskakująco się w tę serię schematów wpisują. Zarówno Felicity Jones, jak i Eddie Redmayne zagrali przepięknie. Ona znalazła równowagę pomiędzy cichym cierpieniem nad koniecznością dźwigania swojego ciężaru i właściwą sobie pogodą ducha, jednak czy to rola oscarowa? Nie jestem przekonana nawet do nominacji, ale ponieważ dobrych pierwszoplanowych ról kobiecych zazwyczaj jest niewiele, takie wyróżnienie nikomu krzywdy nie robi. A takiej Jones na pewno otworzy niejedne drzwi.

 

On pokazał zaś ogromną pokorę w stosunku do roli, która z definicji jest bardzo specyficzna – trudna, ale łatwa do przeszarżowania. Redmayne nie karykaturuje swojej postaci. Ktoś ładnie napisał, że jego warsztat aktorski rozwija się wraz z postępem choroby jego bohatera – i jest w tym dużo racji. Niemniej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że aktorzy wcielający się w takie role dziś, mają trochę pod górkę. Nie przed jurorami, bo oni zawsze będą nagradzać metamorfozy fizyczne, ale przed widzami, którzy widzieli już w kinie niejednego niepełnosprawnego, genialnie zagranego bohatera, żeby wspomnieć tylko o Leonardo DiCaprio w Co gryzie Gilberta Grape’a, Seanie Pennie w Samie, Danielu Day-Lewisie w Mojej lewej stopie czy – już u nas – Dawidzie Ogrodniku w Chce się żyć. W sensie, że porusza, ale w taki wtórny już sposób. Przeżywamy emocje, które nadal mają wielką siłę, ale których już doświadczyliśmy.

 

Ostatecznie, stosunek do filmu okazuje się ambiwalentny. Z jednej strony wiesz, że serca nie oszukasz, a płynące z oczu łzy jednoznacznie określają twój stosunek do tej historii, z drugiej widzisz, że nie wszystko poszło tu tak jak należy. Jak to się kończy? W większości przypadków – doświadczeniem miłego seansu i powrotem do codzienności, bez oglądania się za siebie.

 

Czy polecam? Mimo wszystko tak.

 

Źródło zdj.: focusfeaturesmedia.com

 

2 myśli nt. „Teoria wszystkiego (Theory of Everything)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.