Twój Vincent [recenzja]

loving-vincent-film

Oryginalny pomysł na projekt i cierpliwość reżysera w walce o niego to dla mnie najcenniejsze wartości filmu. Doprowadzenie realizacji do końca, mimo częstej niewiary, a nawet kpin innych w stosunku do ciężkiej pracy i marzeń twórcy, wymaga niezwykłego samozaparcia, cierpliwości i pokory. To dlatego zawsze będę uważała Boyhooda za film niepowtarzalny, mimo iż fabularnie nie wyróżnia się niczym niezwykłym – poświęcenie 12 lat życia na film przedstawiający dorastanie bohatera, bez gwarancji (dla reżysera i aktorów), że ten odniesie jakikolwiek sukces, to rzecz niebywała i godna ogromnego szacunku. I to dlatego Twój Vincent zachwycił mnie tak bardzo, że o jego formie, ale też treści i pracy nad nim mogłabym mówić godzinami.

 

Twój Vincent nie jest zwykłym filmem biograficznym i nie chodzi tu wcale i wyłącznie o formę, w jakiej prezentowana jest sylwetka wybitnego holenderskiego malarza, Vincenta van Gogha. Nie znajdziemy tu klasycznej historii od narodzin aż do śmierci, nikt nie przeprowadzi nas krok po kroku przez najpłodniejsze pod względem twórczym lata życia, nie pokaże wybranego okresu, który był z punktu widzenia historii najistotniejszy. Sam van Gogh, choć najważniejszy w tej historii, nie jest tu nawet pierwszoplanową postacią. Punktem wyjścia filmu jest bowiem próba dostarczenia pewnego listu, której podejmuje się Armand Roulin, syn listonosza, doręczającego listy Vincenta. Ponieważ zadanie nie jest proste, bohater wyrusza w podróż w poszukiwaniu osób, które miały kontakt z Vincentem w ostatnich tygodniach jego życia. Spotykając coraz bardziej tajemniczych znajomych malarza i zadając setki pytań, Armand stopniowo zanurza się w przedziwnej historii życia van Gogha, uświadamiając sobie przy tym, że malarz był kimś zupełnie innym niż początkowo sądził. Że wszyscy, którzy uważali i uważają go tylko za wariata, który obciął sobie ucho, nie mają pojęcia, jak dobra, wrażliwa i mądra osoba skrywa się za maską tego szaleństwa. Opowiedzenie tej historii w konwencji deketywistycznej sprawia, że film wciąga od pierwszej do ostatniej minuty. Wspólnie z Armandem pytamy, szukamy kolejnych odpowiedzi, odkrywamy nieznane fakty, podejrzewamy, wątpimy, wierzymy, intepretujemy, wnioskujemy, przede wszystkim zaś – poznajemy. Poznajemy Vincenta, jakiego do tej pory nie znaliśmy.

 

Fakt, że historia, którą opowiadają w swoim filmie Dorota Kobiela i jej mąż, Hugh Welchman, jest ciekawa, jest tak istotny, bo twórcy produkcji eksperymentujących w formie bardzo często zapominają, że film – oprócz zachwycających obrazów i pomysłowych zabiegów formalnych – musi też być o czymś. Musi opowiadać jakąś historię i dobrze, jeśli ta historia broni się sama. I w przypadku Twojego Vincenta tak właśnie jest. Dwutorowa narracja – ukazująca prywatne „śledztwo” Roulina i życie Vincenta w retrospekcji jego bliskich, zdradzających Armandowi swoje relacje z twórcą – niesie za sobą mnóstwo znaczeń i ma ogromną wartość poznawczą. Do tego bohaterowie, których podczas wspólnej podróży poznajemy, nie są papierowymi postaciami służącymi jako tło do opowieści głównej, o Vincencie. Poczynając od córki właścicieli pensjonatu, w którym mieszkał malarz, a zatrzymuje się Armand – serdecznej i pogodnej Adeline, przez niechętną Roulinowi panią Chevalier, tajemniczą Margaret Gachet, aż po postaci mające na życie Vincenta van Gogha ogromny wpływ – dr Gacheta, niespełnionego artysty, naśladowcę malarza, ale też jego wielkiego przyjaciela, oraz brata Vincenta, który ze wspomnień jawi się jako niezwykła, może najciekawsza ze wszystkich osoba. Wszystkie mają swoje historie, swoją osobowość, temperament i emocje, którym mamy szansę przyjrzeć się z bliska. Wszystkie na swój sposób definiują wielkiego nieobecnego – Vincenta. Wszystkie tworzą jego historię i mają pośrednio udział w jej finale.

 

Oczywiście, nawet tak umiejętnie opowiedziana historia nie zrobiłaby takiego wrażenia, gdyby nie forma, w jakiej została przedstawiona. Film składa się z ponad 65 tysięcy klatek, z których każda została najpierw nagrana jako klasyczna scena filmowa (aktorzy grali na blue boxie), następnie namalowana (przy wykorzystaniu techniki malarskiej charakterystycznej dla Vincenta van Gogha) przez ponad 100 malarzy biorących udział w projekcie, a na koniec zanimowana przez specjalistów od animacji. Brzmi nieprawdopodobnie? I nieprawdopodobnie dobry jest też efekt. Twój Vincent zachwyca każdym kadrem. Prawdziwą przyjemnością jest oglądanie zarównio obrazów, jak i scenografii czy kostiumów (wspaniałe odtworzenie realiów epoki!), słuchanie cudownej, nostalgicznej muzyki Clinta Mansella, wreszcie – podziwianie gry aktorskiej, bo z rysów animowanych postaci można z powodzeniem „odkryć” sylwetki wspaniałych aktorów (i to nie byle jakich, by wymienić tylko Helen McRory, Saoirse Ronan, Aidana Turnera czy Jeromego Flynna), takżę słuchanie ich głosów, choć u nas w ojczystej wersji językowej (polski dubbing wypadł tu naprawdę dobrze!).

 

Nie wiem, czy w ogóle można opowiedzieć, jak piękny jest to film i jak poruszająca jest ta historia. A gdy pomyśli się, że jest dziełem w dużej mierze polskich twórców, łza kręci się w oku. Mieć obok tak utalentowanych artystów to naprawdę wielki dar. Kibicuję im gorąco zarówno w kampanii oscarowej, jak i kolejnych projektach. Na spotkaniu podczas festiwalu w Gdyni zdradzili, że pracują nad horrorem inspirowanym twórczością Goi. Brzmi fantastycznie, prawda?

 

Czy polecam? Koniecznie. Takiego filmu w kinie jeszcze z pewnością nie widzieliście.

 

Źródło zdj.: indiewire.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.