Uciekinier

IMG_7996.CR2
Długo – jak wiecie – marudziłam o tym filmie. Wypatrzyłam go wśród elektryzujących i wyczekanych premier zupełnie przypadkiem jakiś czas temu i mimo zupełnie neutralnego stosunku do McConaugheya postanowiłam obejrzeć. Nie składało się jednak zupełnie. A to zły czas, a to kolejka innych filmów do zobaczenia, a to brzydka pogoda, a to brak weny do ruszenia się z czterech liter… Rozumiecie. Udało się praktycznie w ostatniej chwili, samotnie, w niemalże pustej sali kinowej – warunkach idealnie pasujących do charakterystycznego dla Nicholsa napiętego spokoju, w którym drzemie coś, paradoksalnie, niepokojącego, co czai się za tobą i okrężną drogą w niespiesznym tempie dopada. Emocjonalnie i zmysłowo.
 
Ellis (Tye Sheridan) i Neckbone (Jacob Lofland) to zwyczajni koledzy z podwórka. Ledwo odrośli od ziemi, przeżywający pierwsze zauroczenia, całe dnie spędzający na rzece – miejscu pracy ich bliskich, są żadni przygód i garną się do wszystkiego, co nowe, tajemnicze i niebezpieczne. Mud (Matthew McConaughey), którego spotykają podczas jednej z wypraw w teren, spełnia wszystkie te potrzeby. Ale zamiast dawać, chce brać, i to dużo. Czy przyjaźń między młodymi chłopcami i niebezpiecznym zbiegiem jest możliwa i czy może się dobrze skończyć?

 

Nichols jest jednym z tych reżyserów, którzy zupełnie niezauważenie tkają wokół widza siatkę trudno definiowalnych napięć, przedziwnych – ekscytujących, ale i konfundujących – emocji. We wszystkich swoich filmach (sztuk trzy, jak do tej pory) pod pozorem banalnej historii o zwykłych, choć uwikłanych w przeróżne lęki i dramaty ludziach, próbuje przekazywać (przypominać?) uniwersalne wartości, które mają realne znaczenie w życiu. A wszystko to robi, bazując na intuicyjnej percepcji rzeczywistości. Cała warstwa przeczuć, ulotnych wrażeń, (poza)zmysłowych przeżyć jest nie tylko fundamentem opowieści, ale przede wszystkim motorem działań bohaterów. I tak jak w Shotgun Stories jeden z bohaterów intuicyjnie wybiera, komu podaruje swoją uwagę i miłość, zapewniając tym samym bezpieczeństwo i szczęście, a w Take Shelter z niezwykłym natężeniem przeczuwa nieszczęście, które – nieszczęście, ale i (destrukcyjne) przeczucie – może zachwiać ustabilizowane życie jego rodziny, tak w Uciekinierze w ową siatkę niepodważalnych wrażeń uwikłany jest młody, przechodzący równolegle na kilku poziomach inicjację chłopiec. Sposób, w jaki Nichols prowadzi swoich bohaterów (niespieszny, ale nie ospały!) i odsłania przed widzem ich historie, może nie być najwygodniejszy, ale zdecydowanie sprzyja uchwyceniu sensu przekazu, zapoznaniu się, zrozumieniu, może nawet zaprzyjaźnieniu się ze świetnie rozpisanymi pod względem psychologicznym postaciami (także tymi drugoplanowymi). Słowem, Nichols robi filmy, które na pierwszy rzut oka nie prezentują się spektakularnie, a jednak z każdą sceną zyskują na wartości, czarują, zdobywają.
 
Taki właśnie jest Mud, film, w której na jednej scenie, tuż obok siebie, zestawione są quasi-gangsterskie porachunki z kryminalnymi akcentami, ciężkie życie nadrzecznych mieszkańców amerykańskiej prowincji, męska przyjaźń, i to w wielu wymiarach – nie tylko ta chłopięca, bo warte uwagi są także relacje Neckbone’a z wujem (świetny Michael Shannon, stały punkt programu Nicholsa), Muda z chłopcami, Ellisa z ojcem i znów Muda ze starym, zdziwaczałym sąsiadem mieszkańców barki, Tomem Blankenshipem (Sam Shepard). I miłość, bo to wokół niej kręci się cała rzecz. Nie bez powodu dystrybutor opatrzył plakat filmu ckliwym hasłem, sugerującym, że to uczucie właśnie może doprowadzić do tragedii. Bo może i chyba w jakiś sposób doprowadza. Nichols nie mówi na temat miłości tylko jednego słowa – wszystko, co dzieje się w życiu głównego bohatera – Ellisa – na tym uczuciu się opiera, od pierwszej, szkolnej miłości poczynając, na motywach działań i życiowym celu Muda i problemach małżeńskich rodziców chłopca kończąc. Każda z tych miłosnych odsłon niesie za sobą gorycz, ale też w każdym przypadku jej natężenie jest zupełnie inne, a tylko w jednym – znaczące na tyle, że wpływa na całe, dojrzewające życie.
 
O tym, co Nichols wyprawia z głównymi tematami filmu, można by mówić długo i byłoby to zajęcie niezwykle przyjemne. Tak jak cały ten, bagatela, 130-minutowy seans, którego długość jest absolutnie uzasadniona i podnosi tylko wartości tej historii. Niezwykła umiejętność ważenia tempa akcji i charakterystyczna gra napięć, po której można poznać, kto stoi za kamerą tego projektu, sprawiają, że żegnając się z Mudem, pozostajemy z wrażeniem otrzymania kompletnej historii. Mają na to wpływ, jasna sprawa, także czynniki pozafabularne – świetne aktorstwo (naprawdę niezły McConaughey, zupełnie niedrażniąca i dobrze wykorzystująca swoje 5 minut Witherspoon, znakomici młodzi debiutanci, a także stara gwardia, z Shannonem i Shepardem na czele i przejmującymi Paulson i McKinnonem w tle), piękne zdjęcia Adama Stone’a i czarująca muzyka Davida Wingo, dzielącego muzyczną przestrzeń z wokalami Lucero i Dirty Three. Rzecz zdecydowanie warta uwagi.

 
Czy polecam? Tak.
 
Źródło zdj.: joblo.com
 

2 myśli nt. „Uciekinier

  1. Wybierając się na Uciekiniera nie sądziłem, że ten film tak ukoi moje zmysły. Jak dla mnie to jedna z najciekawszych premier tego roku. A od soundtracku wciąż nie mogę się uwolnić :)
    Pozdrawiam.

  2. Cieszę się, że polecasz ten film (świetna recenzja), ech, nawet gdybyś nie polecała i tak bym zobaczyła. Jak się widziało (z satysfakcją) A i B tego rezysera, trzeba i zobaczyć C. Nie ma wyjścia, taki on jest. Przyciąga, szczególnie tych, ktorzy kochają „prowincjonalia”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.