Wielkie nadzieje (2012)

Great Expectations, 2011

Znów ekranizacja. Tym razem na tapecie jeden z największych pisarzy angielskich – Charles Dickens i jego wielokrotnie adaptowana na duży i mały ekran bildungsroman, czyli powieść o dojrzewaniu. Historia młodego Pipa, który z dnia na dzień z biednego czeladnika staje się bogatym dżentelmenem, to zwyczajna opowieść o uniwersalnych wartościach i cnotach, które winny przyświecać każdemu, bez względu na jego pozycję społeczną, portretująca – przy okazji – realia życia w XIX-wiecznej Anglii. Czy Mike’owi Newellowi, autor tak różnych projektów jak Cztery wesela i pogrzeb, Harry Potter i Czara Ognia (najsłabsza część serii!) i Książę Persji: Piaski czasu, zdołał je uchwycić?
 

Pip (Toby Irvine, a następnie Jeremy Irvine) jest sierotą. Wychowując się pod skrzydłami zrzędliwej siostry (Sally Hawkins) i jej męża (Jason Flemyng), w którym znajduje przyjaciela, wiedzie ubogie, ale spokojne życie. Kiedy na swojej drodze spotyka dwie, zupełnie od siebie różne osoby – piękną Estellę (Helena Barlow i Holliday Grainger) i wynędzniałego zbiega, Magwitcha (Ralph Fiennes), jego życie zmienia tor i zmierza ku wypełnieniu swojego przeznaczenia.
 
To zabawne, że – pisząc ten krótki opis fabuły – prawie przekonałam samą siebie, że to wszystko brzmi ciekawie. A przecież nie jest. Przecież cała ta opowieść – u Dickensa, ale u Newella szczególnie – niemiłosiernie nuży, a przedstawione w niej wydarzenia są tak tendencyjne, że aż niemożliwe. Różnica między pisarzem a reżyserem jest jednak taka, że Dickens opakował tę miałką treść w piękną prozę, która uczyniła historię znośną, a zaledwie naszkicowane tło społeczno-polityczne – sugestywnym. Newell mógł wykazać się jedynie w warstwie wizualnej i choć nie można mu nic w tej kwestii zarzucić (świetne kostiumy i piękna scenografia, dodatkowo eksponowana umiejętną grą świateł), brak zamysłu interpretacyjnego kole w oczy i okrutnie boli. Ujęcie Newella jest skrajnie zachowawcze i asekuracyjne, a więc po prostu – nudne.
 
Wielkie nadzieje to – nomen omen – wielkie nadzieje, i nic poza tym. I co z tego, że Fieness dwoi się i troi (jak zwykle), by wejść w skórę nędzarza, złamana życiem Helena Bonham Carter przejmująco wzdycha zza wypłowiałego ślubnego welonu, a młodzi aktorzy błyszczą (szkoda, że tylko urodą) jak diamenty w tym szarym, brudnym pozytywistycznym Londynie. Film męczy i zupełnie niczym nie (wz)rusza. Dickens może nie przewróciłby się w grobie tak jak po uwspółcześnionej wersji powieści z ’98 roku (G. Paltrow i E. Hawke w rolach głównych), ale z pewnością nie byłby usatysfakcjonowany tak grzeczną wizją burzliwych społecznie czasów, które sportretował w swojej prozie. Pozostaje zignorować nieudane próby i cierpliwie wyglądać kolejnych adaptacji, na które w przypadku Dickensa  – ekranizowanego od końca XIX wieku już ponad 300 razy! – nie trzeba będzie nam długo czekać.
 
Czy polecam? Nie.
 
Źródło zdj.: bfi.org.uk

 

9 myśli nt. „Wielkie nadzieje (2012)

  1. Powtórzyłbym słowa czytelników z góry, jednak sobie oszczędzę haha :) Choć dla mnie „Czara Ognia” była częścią chyba najlepszą, a „Wielkie nadzieje” całkiem przypadły mi do gustu, to doskonale rozumiem to, o czym piszesz w recenzji. I to właśnie też mnie po części gryzło. A najbardziej dogryzł mi początek, który z kilkoma przebłyskami, no był po prostu niesmaczny, do bólu kości nudny (dosłownie, na drugi dzień chodziłem z okropnym bólem w szyi od krzywego opierania się wynikającego ze znudzenia), a najczęściej cholernie męczący. Film podbił moje serce niezwykłą drugą częścią, no może niezwykła to przesada, no ale była co najmniej bardzo dobra. Mnie się podobało, może za dużo w filmie szukałem szczegółów, może chciałem, żeby na siłę mi się spodobał, ale jednak. Doszukałem się tego co mnie najbardziej zaciekawiło, miałem swoją małą interpretację i myślę, że jest nieźle. Ale Dickens wymęczył mnie jeszcze bardziej przy swojej powieści, więc ja chwalę Newella i to bardzo :) W wolnej chwili zapraszam na moją recenzję „Wielkich nadziei”. Pozdrawiam :)

  2. Hm… To fakt, że dawno oglądałam „Czarę Ognia”. Może stąd to wrażenie, rzeczywiście. Najlepsze są dla mnie pierwsza i ostatnia część, później druga i… szósta. Serio! Najsłabiej wspominam „Więźnia Azkabanu”. Muszę sobie tak czy siak odświeżyć kiedyś serię:) Kajam się w sensie:)

  3. Zgadzam się z resztą Książę Półkrwi jest najsłabszy, a najlepszy Zakon Feniksa. Czara byłaby gdzieś pośrodku. Mniemam że dawno oglądałaś tą cześć HP.

    Co do filmu, to widziałem na Vod i powiem szczerze nie powala, Twoja recenzja jest jak najbardziej trafna (oprócz tego hasła z Czarą :)).

  4. Ja też uważam, że „Czara ognia” wcale nie była najgorsza (mnie się chyba podobała najbardziej) a i wersja „Wielkich nadziei” z ’98 była całkiem ciekawa. Ale tak czy siak, tej adaptacji oglądał nie będę :)

  5. Harry Potter i Czara Ognia (najsłabsza część serii!) – żadną miarą !!! Gorszy jest wiezień Azkabanu czy Książę Półkrwi, który znacznie odbiega od książki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.