Witaj w klubie

Witaj w klubie

Ostatni film z oscarowego wyścigu, nagrodzony za dwie wspaniałe męskie kreacje aktorskie, zapukał do naszych kin zdecydowanie za późno. Emocje po oscarowej gali już opadły, o zwycięskich filmach coraz ciszej, nawet do bólu z powodu porażki Leo już się człowiek przyzwyczaił. A tu się okazuje, że czeka na nas jeszcze fantastyczny deser w postaci filmu o – dla kontrastu – bardzo mało smakowitym temacie, ugryzionym i zinterpretowanym przez aktorów na miarę wielkich nagród. Na przykład Oscarów właśnie.

 

AIDS. Obecna od dekad w naszej rzeczywistości, wciąż jeszcze oglądana z każdej strony ze sporą podejrzliwością, nieoswojona i paskudna z powodu nieuleczalności choroba. Rzecz nadal stereotypowo przypisywana homoseksualistom, dopiero później narkomanom, a na samym końcu osobom zwyczajnie nieostrożnym, które w zapomnieniu oddały się rozkoszom płynącym z używek różnego typu. Mimo dzielnych i wielkich projektów edukacyjnych, a przede wszystkim propagowaniu profilaktyki, mentalnie społeczeństwo przez te dekady niewiele się zmieniło: AIDS to nadal znamię, a chorujący nań ludzie w większości spotykają się z wykluczeniem i pogardą. Tak jest dziś, a jak musiało być 30 lat temu, gdy o swojej chorobie dowiedział się Ron Woodroof, główny bohater filmu?

 

O tym próbuje opowiedzieć Vallée, kanadyjski, mocno jeszcze eksperymentujący w drodze poszukiwania własnej ścieżki w kinie reżyser, który dwa lata temu rzucił mnie na kolana fantastycznym Café de flore. Trudno porównywać te dwa filmy – tematycznie zupełnie od siebie odbiegają, a sposób prowadzenia tych historii znacząco się różni. Café de flore dzięki zastosowaniu zabiegów wieloperspektywistyczności i nielinearności był orzeźwiającym spojrzeniem na inność w skali mikro, wykluczenie – to dosłowne, ale widziane na wiele sposobów (co w pewnym stopniu łączy film z oscarowym kolegą). Witaj w klubie w zderzeniu ze swoim poprzednikiem okazuje się filmem o bardzo klasycznej budowie, korzystającym ze sprawdzonych efektów, z wyrazistymi i przekonująco odegranymi bohaterami, na tyle poruszający, by wzbudzić emocje, na tyle jednak obcy, by zachować dystans.

 

Trudno nie kibicować Woodroofowi. Przemiany bohaterów, którym tak chętnie się przyglądamy zarówno na ekranie, kartach książek, jak i w prawdziwym życiu, zawsze poruszają. Mimo że scenarzyści nie szczędzą nam schematów – jaskrawe poglądy bohatera, wstrząs i przejście przez wszystkie etapy żałoby (tym razem po straconym bezpowrotnie normalnym, zdrowym życiu), motyw przekraczania granic (w wielu wymiarach, z tą dosłowną, amerykańsko-meksykańską na czele) – ogląda się tę historię z najwyższą uwagą, poddając się świadomie wszystkim nastawionym na efekt zabiegom, z radością przyjmując każde odstępstwo od normy i element zaskoczenia (choć w tym przypadku wielokrotnie wiążący się ze smutnymi wrażeniami). Niby historia, jakich wiele, a podana tak umiejętnie, że nie można jej nic zarzucić.

 

Oczywiście, nie sposób tu nie wspomnieć o tych, którzy przyczynili się w dużej mierze do sukcesu tej opowieści. O Matthew pisałam już wiele przy okazji Oscarów i podtrzymuję, że zasłużył sobie na tę statuetkę. Nie bardziej niż Leo, ale jak tylko zobaczycie film, pojmiecie, dlaczego nie można aktorowi odebrać tego zaszczytu. Ale na jeszcze większe zachwyty zasłużył Jared Leto, przeuroczy i bardzo inteligentny aktor, który po głośnym Mr. Nobody w 2009 roku zajął się reżyserią i produkcją, odpoczywając od aktorstwa. A więc powrót, powrót w wielkim stylu. Już niemożliwy do nazwania odważnym, bo filmowe przebieranki, jak łopatologicznie nazywa się tego typu kreacje, są już w kinie na porządku dziennym i nie imponują tak jak kiedyś, ale to wciąż zdumiewająca przemiana. I to zarówno w sensie literalnym, jak i mentalnym, bo film – jak wynikało z przepięknej przemowy Leto w momencie odbioru Oscara – mocno na niego wpłynął. Obie role fantastyczne, zapamiętywalne na lata i absolutnie słusznie nagradzane w każdy możliwy sposób.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: foxnews.com

 

Jedna myśl nt. „Witaj w klubie

  1. Tak już w tle filmu, czy rzeczywiście wielki amerykańskie i szwajcarskie korporacje (bogate) nie mogą zatwierdzić meksykańskich i innych tanich leków na współczesne poważne choroby. Ten film to wielki protest song by kiedyś właśnie tak się stało. Oby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.