Wolny strzelec

Ten film stał się właścicielem najlepszego zwiastunu roku. Elektryzujący od pierwszych sekund, oprawiony fantastycznym coverem „I’d Love To Change The World” w wykonaniu Jetty, z upiorną twarzą Jake’a Gyllenhaala, szybki, intensywny trailer Wolnego strzelca zapowiadał film, który może sporo namieszać. Wszystkie złożone obietnice uczciwie wypełnił. Nightcrawler to kawał dobrego kina.

 

Wolny strzelec to Jake Gyllenhaal. Dosłownie – jako odtwórca tytułowej roli – i w przenośni – jako fundament filmu i najlepsze, co mogło mu się przytrafić. Mówię to nadal z lekkim niedowierzaniem, bo jak większość z nas nigdy nie zaliczałam Gyllenhaala do aktorskiej ligii mistrzów. Jego dotychczasowe role – za wyjątkiem Donnie Darko i Tajemnicy Brokeback Mountain – nie wykraczały poza granice naturalnego, poprawnego przygotowania się do pracy. Niemal do ubiegłego roku aktor grywał głównie w dramatach, a drobne odstępstwa w większości i tak prowadziły do odgrywania dramatycznych ról. Aż wreszcie ktoś zauważył, ze Gyllenhaal skrywa w sobie mnóstwo tajemnic i ten mrok, ten niepokój, tę uśpioną agresję, wreszcie pomylenie może doskonale przenieść na ekran. Szansę dał mu Denis Villeneuve, angażując go do swoich dwóch kolejnych filmów: WrogaLabiryntu, gdzie Jake wreszcie pokazał, na co go stać.

 

Rola Louisa Blooma w Nightcrawler jest logicznym następstwem wkroczenia na nową drogę. Nie każdy aktor jest jak Bale czy DiCaprio, którzy prawie nie zaliczyli dołu, zaczęli od wyżyn i każdą kolejną rolą sięgają jeszcze wyżej, oddalając od siebie horyzont swoich możliwości. Wielu – jak choćby podziwiany i rozchwytywany dziś Matthew McConaughey, który nie tak dawno był rezerwowym hollywoodzkim amantem, oczywistym wyborem castingowym do komedii romantycznych i lekkich (melo)dramatów – potrzebuje swoich pięciu minut, szansy, która pozwoli im się wybić, przekonać, że warto w nich inwestować. Gyllenhaal swojej nie zmarnował, budując postać, która na trwałe zapisze się w historii kina w jednym z najciekawszych aktorskich segmentów: czarnych charakterów.

 

Choć przecież czarny charakter Blooma nie jest taki oczywisty. Nie jest osobą o nieskazitelnych intencjach, ale jego filozofia życiowa zdumiewa logiką i konsekwencją. Jest chory czy po prostu zły? Co takiego wydarzyło się w jego życiu, że utracił pewne ludzkie odruchy? Czy cokolwiek w ogóle o nim wiadomo? Gilroy stworzył bohatera zimnego, wyważonego, okrutnie konsekwentnego w swoich działaniach, który jednocześnie mierzi i intryguje, przeraża i pociąga. A dzięki Gyllenhaalowi także hipnotyzuje.

 

Ale nie tylko bohater (a nawet bohaterowie, bo na uwagę zasługuje także postać Niny, bardzo dobrze zagrana przez Russo) udał się Gilroyowi. Cały ten scenariusz z powodzeniem może rywalizować w wyścigach po najważniejsze nagrody branży. Przypadkowo jego premiera zbiegła się u nas z premierą pierwszej części Kosogłosu – filmu,  którego jednym z głównych wątków są media. Gilroy podejmuje ten sam temat i choć gryzie go z innej strony, jego satyra jest równie ostra, a na pewno bardziej czytelna niż autorów serii Igrzysk śmierci. Najbardziej przerażające jest jednak to, że świat, (w) którym rządzi wolny strzelec jest bliżej nas niż sądzimy, że wizja Gilroya dokonuje się właściwie na naszych oczach i – co gorsza – z naszym cichym przyzwoleniem. Kiwamy głową nad działaniami Blooma, podczas gdy to, co robią nabywcy jego materiałów ma już lżejszy kaliber niemoralności. Pytanie, kto tak naprawdę odpowiada za to, co widzimy my – ci, którzy to dostarczają czy ci, którzy płacą za to pieniądze (i je poźniej – odpowiednio większe – zarabiają). Duże pole do dyskusji nam zaserwował Dan Gilroy. Lubimy takie filmy, jakkolwiek niewygodne serwują nam wnioski.

 

Wolny strzelec to absolutna czołówka tego roku. Film, który ogląda się z uwagą i napięciem, niepozostawiający prawie w ogóle chwil na spokojniejszy oddech. Charakteryzująca pracę wolnych, a właściwie nocnych strzelców akcja intensyfikuje fabułę, nadaje jej tempa i wyrazu, jest zrośnięta z treścią, a oprawiona dodatkowo kompozycjami Jamesa Newtona Howarda (nienajlepszymi, na jakie go stać, ale nieźle dostrojonymi do akcji) sprawia, że ten film aż chce się oglądać.

 

Czy polecam? Koniecznie.

 

Źródło zdj.: nouse.co.uk

 

3 myśli nt. „Wolny strzelec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.