Wróg numer jeden

zero-dark-thirty-2012-pic05
Muszę przyznać, że od dawna wyglądałam filmu, w którym Jessica Chastain będzie miała wreszcie szansę zagrać pierwszoplanową rolę. Każdy z jej poprzednich filmów spychał ją na pozycje drugoplanowe i choć każdorazowo zajmowała je z gracją, a swą grą przyćmiewała czołowe nazwiska, firmujące film (żeby wspomnieć tylko Służące), ewidentnie brakowało tego spełnienia, jakim byłoby własne, samodzielne i bezwzględnie najważniejsze miejsce w obsadzie. Nie wydaje się przypadkowe, że taką szansę Jess dostała od innej… kobiety. Kathryn Bigelow, jedna z niewielu szanowanych reżyserów w spódnicy i pierwsza w historii zdobywczyni Oscara za najlepszą reżyserię, wie, co dobre. Nawet podwójnie, bo w swoim nowym filmie, oprócz znakomitej Chastain, znalazło się też miejsce na całkiem niezłą realizację.
 
Nie jest to chyba dla nikogo nowina, że film opowiada o wieloletnich poszukiwaniach szefa Al-Kaidy Osamy bin Ladena. Rzecz opowiedziana jest z perspektywy działań CIA, w szczególności zaś młodej agentki, Mai (Jessica Chastain), która została zwerbowana do agencji tuż po maturze. Bin Laden jest jej pierwszą „sprawą” i poświęca mu kilkanaście lat swojego życia, redukując do minimum życie prywatne. Że się opłaciło, jest chyba jasne.
 
Dobry to film, kurczę. Zwyczajnie dobry to film. Oszczędny w środkach wyrazu, całkiem skromny, jak na rzecz o Ameryce i terroryzmie (w zestawieniu z patosem bijącym z Lincolna czy, w mniejszym stopniu, ale również – Argo, wypada zaskakująco bezpretensjonalnie), surowy w ocenie, a właściwie jej braku, bo Bigelow i Boal zajmują pozycję obserwatorów i patrzą na działania bohaterów swoimi dość i tak obiektywnymi jak na amerykańskie oczami. Całość bardzo stonowana, a przy tym niepozostawiająca miejsca na nudę – długość, na którą tak narzekałam przy okazji Lincolna czy Nędzników tutaj zupełnie nie przeszkadza. Ma na to wpływ zapewne przemyślane stopniowanie napięcia, o które – umówmy się – wcale nie było łatwo ze względu na znajomość faktów, ergo zakończenia akcji i filmu. Realizacyjnie wykonano tu więc całkiem dobrą robotę.
 
Trochę może mniej doskonałe jest rozłożenie akcentów fabularnych. Punktem kulminacyjnym filmu jest, naturalnie, nalot na posiadłość, w której przebywa bin Laden. Logicznie rzecz biorąc, powinien być to najciekawszy i najbardziej, a przynajmniej bardziej niż rzuty na układanie mozaiki z zebranych przez lata nazwisk, dat, miejsc i innych zdarzeń, emocjonujący moment w filmie. Tak nie jest. Powiem więcej: ta akcja burzy budowaną skrupulatnie od początku rzetelność przekazu i zainteresowanie widza. Nie to, że sama w sobie jest nieciekawa czy fałszująca rzeczywistość (zresztą, nie mnie to oceniać, o merytorycznych aspektach filmu dyskusja trwa od miesięcy), ale wszystko to, co do niej prowadziło, poczynając od konstrowersyjnych przesłuchań, przez żmudną, papierkową pracę Mai, aż po kolejne tropy i biurokratyczne dysputy, było po prostu bardziej dynamiczne i soczyste. Nie wiem, skąd to wrażenie. Może mylne. Koniecznie dajcie znać, czy odkryliście je również. Powtórzę się: w żadnym razie ta uwaga nie wpływa na całościową ocenę filmu.
 
Można dyskutować nad rzetelnością przedstawionych faktów. Pojawiło się zresztą i pojawia nieustannie wiele kontrowersji związanych ze specyfiką przesłuchań, organizowanych przez CIA, lokalizacji tajnych więzień, istnienia Mai i jej faktycznej roli w poszukiwaniach bin Ladena. Mnie to niespecjalnie interesuje z dwóch powodów. Po pierwsze, to rzecz dla historyków, polityków, dyplomatów i dziennikarzy, którzy chętnie zajmują się takimi tematami przez całe lata. Po drugie, to nie ma znaczenia, bo Wróg numer jeden nie jest filmem dokumentalnym, a fabularnym – ma więc w definicję wpisaną pewną swobodę w prezentacji i interpretacji faktów. Oczywiście, Bigelow i Boal odwalili kawał dobrej roboty, przekopując się zapewne przez tony źródeł i docierając do osób, które mogły udzielić im informacji z pierwszej ręki, nie oznacza to jednak, że nie mogli w pewnych miejscach skorzystać z tej wolności i wypełnić luki mniejszą czy większą fikcją. Normalna sprawa, to kino przecież. Nie wiem, czym się tu bulwersować. Kino nieczęsto spełnia w 100% funkcję edukacyjną, a już tym rzadziej zastępuje podręcznik do historii. O czym my tu więc.
 
W moim odczuciu Wróg… jest zdecydowanie lepszym filmem niż W pułapce wojny. Bigelow dobrze wykorzystała czas pomiędzy tymi projektami, poprawiając błędy popełnione przy okazji swojego pierwszego oscarowego filmu, ucząc się choćby żonglowania napięciem i tonacją.  We Wrogu… rewelacyjnie podkreślanymi przez niezwykłe, groźne i mistyczne kompozycje Desplata. Oczywiście, odbiór filmu jest tym lepszy, że firmowany nazwiskiem tak dobrej aktorki, jaką jest Chastain. Nie ma tu zresztą nad czym rozprawiać – Jess wypada tu znakomicie zarówno w scenach emocjonalnych (początek i koniec, świetna klamra), jak i surowych, przedstawiających jej bohaterkę jako dyplomatkę i zimnokrwistą, upartą i niezłomną agentkę. Zasłużona nominacja i,wierzę, że także Oscar. W ramach ciekawostki: tę rolę pierwotnie zagrać miała Rooney Mara.  Totalnie widzę ją w tej roli. Byłaby świetna. Ale i tak wyszło wspaniale.
 
Czy polecam? Tak. Warto zobaczyć.

 

Źródło zdj.: aceshowbiz.com

 

12 myśli nt. „Wróg numer jeden

  1. Nie uważam by końcowa akcja w posiadłości nie pasowała do całego filmu. Tak, jest inna od poprzednich dwóch godzin, ale imo zrealizowana jest perfekcyjnie – dawno nie czułem tak wysokiego napięcia, dawno żadne z końcowych scen mnie tak mocno nie zamurowały. Osiągnięcie tym większe, bo przecież dokładnie wiedzieliśmy jak ten film się skończy i co się wydarzy, a całą akcję oglądałem na wstrzymanym oddechu.
    Cudowne jest tu również zakończenie, te dwie niesamowicie spokojne, kameralne i gorzkie sceny z Chastain. Pierwsza gdy podchodzi do worka, i druga gdy siedzi już w samolocie. Nie wyobrażam sobie lepszego, bardziej pełnego i przepełnionego różnymi myślami zakończenia. I bardzo cieszę się, że to właśnie Chastain, a nie Mara zagrała tę rolę – wreszcie pierwszy plan dla Jessici, sprawdziła się w nim genialnie.

    Pozdrawiam

    • Według mnie właśnie ostatnia scena była boska – niczym żywy dokument z prowadzonej akcji. Film zrealizowany świetnie, ogląda się go w napięciu… Problemem jest to, czy faktycznie tak to było. Czy to nie jest tylko amerykańska propaganda (świetnie zrealizowana przez filmowców). Mnie cieszy to, że teraz w Polsce powstają równie dobre filmy, jak chociażby „Karbala” (http://merwinski.pl/karbala/) której premiera była we wrześniu. Dobry obraz, dobre zdjęcia, ciekawe efekty specjalne (tylko ten Królikowski :/). Nie widzę u Ciebie recenzji tego filmu, więc nie wiem co o nim myślisz, ale osobiście polecam…

  2. czytałam już jego recenzję w zestawieniu z „Tajemnicą Westerplatte” – nie wiem, czemu zestawione w ten sposób, jednak w tamtym porównaniu „Wróg” wygrywał z tajemnicą bezapeacyjnie

  3. A ja nadal nie chcę go oglądać. Jest to zwykła jankeska propaganda utkana według starannie ułożonego scenariusza pełnego kłamstw i bezczelnych mistyfikacji. Iście Hollywoodzka walka dobra ze złem, która ma za zadanie chwytać za serce i spajać łzy Amerykanów ze łzami całego współczującego im świata cywilizacji zachodniej, czyli też i tej naszej, mojej. Szkoda tylko, że to wszystko jest wierutnym kłamstwem. Bin Ladena stworzyli sami Amerykanie. Ten prawdopodobnie nawet nigdy nie istniał, dowodów i nieścisłości na to jest aż nadto. Lubię fikcję literacką, ale nie taką, która powszechnie jest kreowana na przenajświętszy dogmat. Czuję się zwyczajnie oszukiwany, a nie lubię, w życiu, w kinie, wszędzie. Dlatego ja tego filmu nie kupuję. Być może jest naprawdę dobry i świetnie zagrany, ale obraża moją inteligencję, moje poglądy, ale przede wszystkim przeczy faktom, a przecież na nich jest niby opierany. Cóż. Nie mój świat. Nie moje kino.

    • „A ja nadal nie chcę go oglądać. Jest to zwykła jankeska propaganda utkana według starannie ułożonego scenariusza pełnego kłamstw i bezczelnych mistyfikacji.” :DDDDDDdddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddd

Odpowiedz na „Anne18Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.