Wstyd

041612-shame-on-dvd
Wokół Wstydu powstało tylko szumu, tyle kontrowersji, tyle emocji, że trudno było przejść obok niego obojętnie. I też film nie pozostawia obojętnym. Ale żeby od razu wstrząsał? Nie pamiętam, czego oczekiwałam, na co się nastawiałam i co się właściwie wydarzyło, że Wstyd nie rzucił mnie na kolana. Może znowu naczytałam się recenzji Mądrych Recenzentów i nasłuchałam górnolotnych opinii, może tego wszystkiego było już po prostu za dużo, nie wiem. Koniec końców, Wstyd nie rozwalił mnie na łopatki i nie musiałam po seansie zbierać siebie z chodnika. Ale wcale nie oznacza to, że jest to film zły. Przeciwnie, jest dobry i do bólu szczery.
 
Brandon (Michael Fassbender) jest typowym wielkomiejskim singlem. Ma dobrą pracę, przyzwoite mieszkanie i zmienia dziewczyny jak rękawiczki, stawiając raczej na fizyczność niż budowanie relacji. Niby nic nadzwyczajnego – może tylko to, że Brandon jest uzależniony od seksu i trochę w życiu – w związku z tym i bez związku z tym – pogubiony. Po piętach depcze mu młodsza siostra, Sissy (Carey Mulligan), piosenkarka, desperacko poszukująca bliskości. Nie mogąc jej znaleźć, puka (właściwie to wcale nie puka, bo ma własne klucze) do drzwi brata i wprasza się w gościnę, mocno przekraczając granice intymności. Kto jednak szuka tu wątków kazirodczych, będzie rozczarowany. Bo i Sissy, i Brandonowi chodzi o coś dużo więcej niż seks i fizyczną bliskość drugiego człowieka, choć nie bardzo potrafią zdefiniować swoje potrzeby.
 
Długo chodziłam z tym filmem w głowie. Nie jakoś uparcie. Wstyd nie wiercił mi dziury w mózgu, nie napraszał się, w ogóle jakoś dziwnie szybko wyleciał mi po seansie z głowy, jakby nie był wart całego tego szumu. Z tego też względu jest mi trudno – po czasie i po tej ulotności – szukać w nim czegoś więcej niż to, co rzuca się w oczy natychmiast: samotność. Różne jej oblicza: i ta fizyczna, i ta mentalna, także samotność w zderzeniu z własnymi słabościami, samotność w tłumie. Zagubiony, samotny człowiek w sposób bardzo autodestrukcyjny ucieka w konsumpcyjny seks, by zagłuszyć i zapełnić pustkę, którą odczuwa, dając się tym samym niszczyć nałogowi. McQueen sięga po schemat stary jak świat – pokażę wam, jak uzależnienie niszczy człowieka, z tą tylko różnicą, że zamiast nudnych używek jak alkohol czy narkotyki, za cel obiera seks – rzecz, która dotyczy nas wszystkich, a która dla wielu staje się niewolą. I ten mechanizm jest tu dokładnie pokazany. My wprawdzie wchodzimy w życie Brandona, gdy seks towarzyszy mu już w każdej chwili dnia i jest sposobem na rozładowanie napięcia, poprawę humoru, rozrywkę i nudę, ale McQueen szybko pokazuje kilka poziomów tego uzależnienia. Są filmy porno, są prostytutki, jest zawirusowany komputer pełen świństw, jakich nie powstydziłby się największy zwyrol, jest dużo masturbacji i bardzo ostrego seksu w różnych wydaniach. I jest normalność, po którą Brandon sięga i którą się parzy, bo jego potrzeby już od dawna lokują się dużo wyżej. Ta scena zresztą – w hotelu, z Marianne – jest jedną z trzech najsmutniejszych w tym filmie, bo pokazuje jak głęboki jest już dół i jak trudno będzie odzyskać naturalnego siebie. Przejmujący jest też jogging, który jest dla Brandona poniekąd reakcją na zachowanie siostry i scena zamykająca film, będąca bardzo gorzkim podsumowaniem fragmentu tej historii. Smutne, przykre, gorzkie i najgorsze, że prawdziwe. Wszystko to gdzieś obok, gdzieś poza nami, ale przecież obok to niedaleko…
 
Nie do końca chyba potrafię ulokować swoje odczucia co do filmu na jakimś konkretnym poziomie i ocenić jednoznacznie swój do niego stosunek. Nie zrobiła na mnie większego wrażenia golizna, nie oburzyły odważne sceny, nie irytował paradujący bez majtek Fassbender, a cała historia raczej mnie zasmuciła niż zszokowała. Jest odważnie (choć też bez przesady) ze strony McQueena, jest dobrze aktorsko ze strony Fassbendera i Mulligan, którzy mnie zdecydowanie nie podniecają tak bardzo jak krytyków i wcale nie stawiałabym ich w pierwszym szeregu najlepszych aktorów (aczkolwiek wydaje się, że rola Brandona to najlepsza rola Fassbendera z tych, które miałam okazję zobaczyć, a i Mulligan bardzo ładnie zaskakuje różnorodnością kreacji), jest kilka bardzo ładnych, surowych zdjęć i fajny montaż. I tyle. Bez większych emocji.
 
Czy polecam? I tak, i nie. Warto zobaczyć, by samodzielnie ocenić reżyserie McQueena i sposób ukazania uzależnienia i samotności człowieka, ale też nie wydaje mi się, byście się rozchorowali Wstydu nie oglądając. Tak to jestem wciąż niezdecydowana.

 

Źródło zdj.: ifc.com

 

11 myśli nt. „Wstyd

  1. Z wieloma Twoimi opiniami na temat tego filmu się zgadzam. Właśnie – smutek, czasem rozdzierający. Nie szok. Ten wstyd na różnych poziomach, odnoszący się do różnych kwestii. I samotność, zagubienie, niespełnienie jako jeden z głównych tematów (o ile nie główny). Dotyczące bohaterów w różny sposób, ale tak samo bolesne.
    Bardzo dobrze mi się czytało Twój tekst :). Pozdrawiam!

  2. Film bardzo dobry, ale nie tak bardzo dobry jak „Głód”. Podobne wrażenie mam odnośnie roli Fassbendera. Chyba jego wystąpienie w „Fish Tank” także oceniam wyżej. Co nie znaczy, że aktor musi się za „Wstyd” wstydzić. Nie, po prostu – ta rola jest bardziej jednostronna, bez większych niuansów, głownie osadza się na odwadze, i sposobie, w ukazywaniu tematu. Jesteśmy raczej chłodnymi obserwatorami niż emocjonalnymi uczestnikami przedstawianych zdarzeń. Może dlatego czujemy takie rozdarcie – niby powinnismy być wstrząśnięci, no bo tak degrengolada skądinąd fajnego faceta, a nie jesteśmy aż tak bardzo, jedynie zastanawiamy sie na zimno, co zrobi dalej, czy pójdzie za dziewczyną z metra czy nie. Zastanawiałam się nieraz dlaczego własnie tak reżyser poprowadził swój film. Nie pozostawił nas w takiej traumie jak Aronofsky po „Requiem dla snu”, ktory także traktował o różnych uzależnieniach, ale za wyjątkiem seksu. Może dlatego, że seksoholizm jest mniej destrukcyjny (w końcu rzadko kto umiera na wskutek przedawkowania z jego powodu), łatwiejszy do ukrycia, i na wyciągnięcie ręki dosłownie dla każdego, biednego czy bogatego, starego czy młodego itp. :)

  3. zaraz po seansie byłam zachwycona, ale nie wiem ile w tym było „osobistej refleksji” a ile medialnej nagonki, dzisiaj po kilku tygodniach od obejrzenia, emocje dawno opadły i zastało tylko mdłe wspomnienie o filmie, z którego pamiętam i doceniam tylko jedną scenę, tę w barze gdy Mulligan śpiewa piosenkę o NY a filmowy Michael płacze- najwspanialszy moment filmu

  4. Zgadzam się. To nie jest film, z którym się „zostaje” po obejrzeniu.Liczyłam na coś bardzo mocnego, a dostałam tylko inną wersję samotności. Mnie bardzo podobała się rola Mulligan, może nawet bardziej niż Fassbendera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.